O takim lub podobnym radyjku marzyłem jeszcze... we późnych latach 70-tych. W szkolnej
cieciówce u woźnego stało poręczne radio na egotycznych u nas rimlockowych lampach, w którym dzięki brakowi tylnej ścianki bez trudu rozpoznałem odbiornik uniwersalny. Ot taki zminiaturyzowany Pionier.
Parę miesięcy temu u
krótkofalowca na Wolumenie pojawiły się różne rimlockowe lampy, zarówno z serii E jak i U. Przejrzawszy ofertę stwierdziłem że radia z zasilaniem transformatorowym
niedasie na nich złożyć (brakowało lampy prostowniczej AZ41) natomiast z uniwersalnym - tak, i to w kilku wariantach. Zdecydowałem się na konfigurację UCH42, UF41, UBC41, UL41, UY41. Teraz pozostało zdobyć podstawki rimlock, miałem bowiem tylko 1 sztukę.
Pan od transformatorów obiecał że poszuka, niestety po kilku tygodniach dał za wygraną. Za to w połowie lipca na jego stoliku pojawił się mocno sfatygowany egzemplarz tytułowego radia. Aluminiowe chassis pokryte warstwą lepkiego brudu, stalowe elementy zaczęła nadgryzać korozja, nie było sznura sieciowego, a membrana głośnika była zdeformowana i poklejona. Mimo to zdecydowałem się wziąć je w ciemno, choćby tylko z uwagi na to że podstawek nie będę już musiał szukać. Głośnik, gdyby okazał się zupełnie do niczego - można przecież podmienić wstawiając jakiś mniejszy i nowszy na płytce redukcyjnej. A przecież kupione wcześniej lampy - to dokładnie te same jakie występowały w radiu, zatem miałbym już zapasowy komplet, a w najgorszym razie lampy na wymianę gdyby okazały się zużyte. Przytachałem sprzęt do domu, znalazłem schemat na
https://www.oldradio.pl/karta.php?numer=1576, obmierzyłem co się dało omomierzem... i ZONK. Uzwojenie pierwotne transformatora głośnikowego wykazywało przerwę. Z niemałym trudem odlutowałem wiodące do niego kable, masakrując przy tym ich
szmacianą izolację (nie dość że każdy kabelek, każdą końcówkę rezystora lub kondensatora opleciono ściśle wokół oczkowych końcówek lutowniczych to jeszcze użyto jakiegoś trudnotopliwego lutowia; ciekawe co to było: czysta cyna czy może przeciwnie, spoiwo dekarskie zawierające więcej ołowiu niż cyny). A potem z jeszcze większym trudem poodkręcałem mosiężne nakrętki zapieczone na ocynkowanych śrubach, masakrując izolację kolejnych przewodów.

Oględziny transformatora potwierdziły najgorsze obawy: nic się nie oberwało, a mimo to uzwojenie pierwotne nie miało przejścia. Rozebrałem rdzeń, z wielkim wysiłkiem wyciągnąłem blachy z karkasu,
spuściłem uzwojenie wtórne - i nic to nie pomogło, wierzchnie wyprowadzenie uzwojenia anodowego było całe. Nie było też oberwane wyprowadzenie wewnętrzne - a mimo to przejścia nie było. Znalazłem się
w kropce: oczywiście zero danych, nie to co na naszych TG lub TWOP. Ze schematu można było się zorientować ze lampa UL41 pracuje w pozakatalogowych warunkach, z napięciem ekranu znacznie obniżonym względem napięcia anodowego. Nawijanie od nowa na zastanym karkasie było wykluczone: nie miał on boczków, za to każda warstwa była izolowana od poprzedniej bibułką kondensatorową a całość impregnowana smołą.

- Tyle zostało z oryginalnej szpuli transformatora, teraz to już tylko zabytkowy śmieć.
Próba zaadaptowania któregokolwiek z transformatorów krajowych nie wchodziła w grę: nawet nasze TG2 czy też starsze transformatory od "Figara" względnie "Atuta" były dużo większe. Ten zastosowany w Bushu odpowiadał wymiarami transformatorowi od... Szarotki, czy też współczesnym TS4. Na tę ostatnią okoliczność zwróciłem uwagę. Sprzedawca radia niejako w ramach rekompensaty podarował mi komplet blaszek oraz karkas bez przegrody, niestety najpewniej sporządzony przez jej sfrezowanie, bowiem widniały nierówności pośrodku kolumny karkasu. Okazało się przy tym że wypełnienie okna będzie marne: z 21mm długości kolumny środkowej na uzwojenie pozostało zaledwie 17mm. Najcieńszy drut jaki udało się kupić miał 0,12mm średnicy, gdy tymczasem ten oryginalny - 0,07mm. Mimo to uznałem że jakaś szansa powodzenia jest: grubszy drut miał zostać zrekompensowany brakiem przekładek. Perspektywa nawijania
z palca kilku tysięcy zwojów bardzo mnie nie przerażała: miałem w tym wprawę. Ale po nawinięciu 20 warstw struktura uzwojenia była już tak bezładna (głównie za sprawą nierównoległości boczków, noszących ślady formy), że odpuściłem sobie dalsze nawijanie (zakładałem że zmieszczą się 24 warstwy). Uznałem że do pierwszych prób wystarczy. Jednak dokończenie transforatora postanowiłem odłożyć - jak się miało okazać
na Świętego Nigdy. Najpierw postanowiłem spróbować wykonać nowy karkas samodzielnie: może uda się to zrobić lepiej? Udało się: najpierw na pręcie aluminiowym 15x15mm skleiłem z papieru drukarskiego Epidianem 5 + Z1 prostokątną rurkę o grubości ścianek niecałe 1mm, potem wyciąłem boczki z cienkiej tektury, zaimpregnowałem je również Epidianem,

- Gotowa kolumna karkasu (wykonana z solidnym naddatkiem). Tekturowy boczek już zaimpregnowany, wzmacniające nakładki jeszcze nie.
następnie po ścisłym doszlifowaniu pilnikiem wewnętrznych okien nakleiłem na wcześniej przygotowaną kolumnę utrzymując dystans 20mm przy pomocy dwóch odcinków aluminiowej prostokątnej rury 20x15mm.

- Jeden boczek (dolny, bez otworów pod wyprowadzenia) już dopasowany...

- ...i przyklejony, na razie jeszcze bez nakładek.

- Klejenie górnego boczka (tu znajdującego się niżej) Aluminiowe wstawki mają zapewnić równolegość boczków. Widoczny na pierwszym planie dolny boczek jest już wzmocniony nakładkami oraz wykonanym celowo nadlewem żywicy, oczywiście tylko od zewnątrz.

- Stary transformator, o wiele za duży dla zminiaturyzowanego radia posłużył jako docisk, za pośrednictwem ceownika aluminiowego.
Fragmenty boczków znajdujące się na zewnątrz rdzenia pogrubiłem dodatkową warstwą tektury, wreszcie opiłowałem całość tak aby pasowała do oryginalnych blach rdzenia. Teraz pozostało
pętać. Nauczony poprzednim doświadczeniem impregnowałem parafiną na gorąco każdą z kolejnych warstw poczynając od pierwszej, i tym razem ułożyło się znacznie lepiej. Dzięki małej grubości karkasu miałem tym razem dużo więcej miejsca: w jednej warstwie mieściło się ok. 145 zwojów a nie 125 jak poprzednio, a po nawinięciu 26 warstw udało się jeszcze zmieścić 4 warstwy uzwojenia wtórnego nawiniętego drutem 0,5mm zamiast 0,45mm jak to było w oryginale.

- Żmudne pętanie uzwojenia anodowego już zakończone, i z tego wszystkiego zapomniałem zrobić w porę zdjęcie, zanim zacząłem pętać wtórne. Za przekładkę izolacyjną robi nieepokowa folia poliestrowa, owinięta z zakładką od strony wyprowadzeń uzwojenia wtórnego.
Szacunkowa przekładnia wynosiła 1 : 25
z hakiem co przy uwzględnieniu rezystancji drutu w transformatorze (niecałe 500 omów po stronie pierwotnej, prawie 1 om po wtórnej) dało Ra równe niemal 4k, czyli mniej więcej tyle ile wymaga UL41 w katalogowych warunkach pracy przy Ua=Ug2=200V. Złożyłem transformator wkładając między pakiety blach rdzenia przekładkę z papieru drukarskiego. Oryginalnie było tam coś przypominającego taśmę klejącą ("gęsią skórkę"), uznałem jednak że grubsza szczelina nie zaszkodzi, szczególnie w perspektywie doprowadzenia punktu pracy UL41 do wartości katalogowych, do czego skłaniała mniejsza niż w oryginale Ra. Wreszcie zamontowałem gotowy transformator na chassis w radiu,

- Naprawiony transformator już na swoim miejscu, poejrzany kartoflak bocznikujący uzwojenie anodowe zastąpiłem kondensatorem KSE011 o tej samej pojemności 10nF na 250V.
odłączyłem na początek anodę lampy prostowniczej a po stwierdzeniu że obwód żarzenia działa prawidłowo wstawiłem w jej anodę dodatkowy druciak 300 omów, prowizorycznie dołączyłem leżący luzem gramofonowy głośnik 4 omy typu GD13/19/3W... i po ponownym włączeniu zasilania radio ruszyło
od pierwszej pyty! Bez anteny, a właściwie z własną anteną ramową pełniącą zarazem rolę obwodu wejściowego. Takim pierwowzorem anteny ferrytowej, choć jeszcze bez ferrytu:

- Antena ramowa. Zewnętrzna duża cewka nawinięta jednowarstwowo drutem w emalii - to cewka średniofalowa, wewnętrzna mniejsza cewka nawinięta koszykowo licą - to cewka długofalowa. Obie cewki połaczone są szeregowo na stałe, na zakresie DF wewnętrzna cewka jest zwierana.
Uskrzydlony powodzeniem usunąłem ochronny druciak, ale tak jak tego należało się spodziewać -
kartoflak sprzęgający anodę triody z siatką lampy końcowej wykazywał upływność, tak że na siatce tej ostatniej występowało ponad 5V. Nie
szczypałem się, wstawiłem w jego miejsce niezwodny KSE011 22u 400V. Ale nawet po tej operacji pozostałe napięcia w układzie wyglądały cokolwiek dziwacznie. Tylko anoda UL41 miała do dyspozycji trochę mniej niż katalogowe 170V. Natomiast jej ekran, podobnie jak i anody pozostałych lamp z wyjątkiem UBC41 - już tylko jakieś 64V, ich ekrany zaś... zaledwie 43V. To są napięcia właściwe lampom od Szarotki, nie sieciowego radia! Ale co się dziwić, skoro wszystkie one (oprócz anody lampy końcowej) zasilane były przez filtr RC zawierający wg schematu rezystor 10k, w realu zaś - aż 12k? Woec powyższego zanim jeszcze złożyłem do qpy radio podparłem rezystor w filtrze dołączonym równolegle rezystorem MŁT 10k 2W. Tym razem napięcia stały się bliskie katalogowym warunkom pracy lamp zasilanych z napięcia 100V, jedynie anoda UL41 miała więcej, mianowicie 155V. Mimo wzrostu prądu anodowego transformator głośnikowy nie zamierzał ulec nasyceniu, nie było słychać wzrostu zniekształceń. Także
zeszmatławiony oryginalny głośnik, którego kosz utracił blask pod korozyjnymi nalotami nie charczał, cewka nie ocierała. Poprzestałem więc na zaklejeniu kroplami butaprenu niezaklejonych wcześniej dziur, i złożyłem wreszcie całe radio. Tylko sprawa sznura sieciowego pozostała nierozwiązana. Prowizorycznie podlutowałem kabel z wtyczką, ale z tyłu obudowy sterczą mosiężne bolce zagrażające porażeniem. Może uda się użyć... wtyczki od prodiża, ale musiałbym przygotować nową płytkę nośną i rozsunąć bolce. Byle nie okazały się za krótkie.

- Chassis uruchomionego radia w całej okazałości. Od lewej: UCH42, UF41, UBC41 (wszystkie w pończochach! ;-), UL41 (nówka z Wolumenu, bo ta w radiu chociaż też działała to była zapaprana na brązowo od środka, niewykluczone że miało to związek z uszkodzonym transformatorem), UY41. Aluminiowe chassis oraz obudowy filtrów udało się odsyfić rozpuszczalnikami organicznymi. Stelaż podpierający skalę pozostać musi zardzewiały, o ile nie uda się go zdemontować. Kondensator zmienny to bym najchętniej wymontował, rozmiękczył brud rozpuszczalnikami i usunął silnym strumieniem wody.
Dziś rano słuchałem Sygnałów Dnia już na swoim wskrzeszonym najnowszym nabytku. Ale pozostaje pewne poczucie niedostytu. Mimo że schematowy
szkielet nie odbiega od innych odbiorników najniższej klasy (choćby i naszego Pioniera zawierającego tyle samo stopni, za to o jedną bańkę mniej dzięki użyciu lamp kombinowanych), to jednak parę drugorzędnych szczegółów mi się nie podoba. I tak, trioda oscylacyjna UCH42 zasilana jest wspólnie z ekranami UCH42 oraz UF41. Jako że prądy tych siatek zależą od działania ARW, to i punkt pracy oscylatora będzie zmieniał się wraz z siłą sygnału. Być może dasie to przeżyć na falach długich i średnich (zakresu fal krótkich radio nie posiada). Z kolei jako że lampy UBC41 i UF41 mają wspólny rezystor katodowy, to wraz ze wzrostem siły sygnału maleje ujemne napięcie polaryzujące triodę wzmacniacza napięciowego m.cz. Niechybnie dlatego przyjęto znacznie mniejszy od katalogowego prąd tej triody, inaczej przy silnym sygnale odbieranym stałby się zbyt duży i pojawiły się zniekształcenia. Zdążyłem też zauważyć (co było do przewidzenia) że zbocznikowanie rezystora katodowego UL41 elektrolitem poprawia brzmienie radia. Ale wstawienie takiego elementu byłoby już ingerencją w epokę. Nie byłoby natomiast nią (choć oczywiście byłoby ingerencją w oryginalny schemat) doprowadzenie obwodów polaryzacji do standardu wyznaczonego przez Pioniera i jego loktalowych następców. A więc: wszystkie katody bezpośrednio na masę (chassis), i rezystor ogólnego minusa między chassis a sieć, tak jednak aby nie płynął przez niego prąd żarzenia, filtry napięć siatkowych z kondensatorami papierowymi (może nawet z oryginalnie zastosowanymi w odbiorniku kondensatorami katodowymi 50nF które staną się odtąd zbędne w swojej pierwotnej roli). Bezwzględnie natomiast wymaga
zgrzebania zabezpieczenie przeciwzwarciowe zasilania, a raczej jego brak. W Pionierze (w każdym razie przy 220V) cały prąd zasilający płynął przez żaróweczki skalowe, włączone między chassis a sieć. Tu również są podobnie włączone żaróweczki (3,5V 0,15A) ale zbocznikowane rezystorem 75 omów. W razie zwarcia w najlepszym razie przepalą się i żarówki, i ten rezystor (a od niego może zwęglić się płytka - łączówka na której jest zamontowany). Podobnie przepalenia się jednej z żarówek rezystor może nie wytrzymać. Trzeba będzie sprawdzić jak zachowają się żarówki na większy prąd (np. 0,2A) pozbawione jednak tego rezystora, tak aby w krytycznej sytuacji przepaliły się tylko one. Te zastosowane obecnie ledwo
bżdżą, przy czym ich jasność tylko nieznacznie rośnie po rozgrzaniu się lamp i pojawieniu się prądu anodowego. Niebezpieczeństwa przepalenia się żarówek w chwili załączenia odbiornika, gdy włókna lamp są jeszcze zimne bardzo się nie obawiam, mimo braku termistora. Suma napięć żarzenia wynosi w tym odbiorniku zaledwie 116,6V, podczas gdy w Pionierze - 145V. Stosownie do powyższego rezystor redukcyjny ma 1100 omów (przy ustawieniu na 230V) podczas gdy w Pionierze miał zaledwie 650 omów. Trzeba będzie najpierw sprawdzić, na ile praktyczny brak rozbłysku żarówek w chwili włączenia zasilania (zauważalny w Pionierach; potem jak włókna lamp się rozgrzeją ale katody jeszcze nie zdążą żarówki mocno przygasają a normalną jasność uzyskują po ustaleniu się prądu anodowego) jest zasługą rezystora bocznikującego żarówki.
No i to byłoby na razie na tyle. Mam więcej zdjęć, ale w tym poście już nie przejdą.